90 LAT KOBIET W POLICJI – WYWIAD

CZŁONEK BARBARA MILEJ

Porucznik Barbara Milej „Jestem osobą spełnioną…

 

  1. Dlaczego wstąpiła Pani do służby?

Pracę w Milicji Obywatelskiej rozpoczęłam w październiku 1967 roku w Milicyjnej Izbie Dziecka. Było to jakby spełnienie moich marzeń o pracy z dziećmi. Wiele dziewcząt zostawało nauczycielkami, a ja zawsze chciałam pracować z dziećmi. Autorytetem była wtedy pani Rozalia Wrona – osoba, która tworzyła tę Izbę Dziecka, ale odchodziła już na emeryturę i zwolniło się miejsce po niej – była więc możliwość zatrudnienia mnie na jej stanowisku. Muszę powiedzieć, że mam smykałkę pedagogiczną, która jak się później okazało, przerodziła się w resocjalizacyjną stąd w Milicyjnej Izbie Dziecka przepracowałam 13 lat.

Podczas pracy tam, spotkałam się z ciekawymi ludźmi, wspaniałymi kobietami. Wtedy były takie tendencje, żeby w izbach dziecka pracowały kobiety – miały lepszy kontakt z młodzieżą, były lepiej zorganizowane i miały większe pedagogiczne umiejętności.  W tamtych czasach zielonogórska Izba Dziecka mieściła się jeszcze na ul. Piaskowej i również pracowały w niej głównie kobiety.

Niedługo po rozpoczęciu pracy przeżyłam wydarzenie nadzwyczajne. Zostałam uderzona w głowę taboretem przez jednego z podopiecznych. Od tego zdarzenia wiele się w izbie zmieniło. Zamontowano wizjery, łańcuchy i zwiększono środki bezpieczeństwa bo incydent z moim udziałem nie był pierwszym, ale był tym, który zwrócił uwagę na potrzebę zapewnienia pracownikom izby większego bezpieczeństwa. Choć muszę przyznać, że wcześniejsze prośby o zapewnienie bezpieczeństwa były bagatelizowane w szczególności przez mężczyzn. Usłyszałam nawet „Jak się pani boi to niech się pani zwolni”. W jakiś czas później pobici zostali także mężczyźni, dyżurujący w Izbie Dziecka. Przecież 17-latek też jest jeszcze nieletnim, a okazało się, że to już mężczyzna, który potrafi poradzić sobie nawet z dorosłym. Takie to były czasy.

  1. Jak wspomina Pani swoje początki w służbie ?

Dobra współpraca z koleżankami z Izby pozwoliła to wszystko fajnie poukładać. Miałyśmy wiele ciekawych pomysłów i chęci żeby je realizować np. praktyki studentów w izbie, których byłam koordynatorem czy wspólne patrole w mieście. Inaczej wtedy postrzegano Milicję i zadania, które mieliśmy do wykonania jeśli chodzi o profilaktykę nieletnich. Na naszych barkach spoczywało wiele zadań opiekuńczych. Głównie stawiano wtedy na profilaktykę – rocznie tylko ja sama odbywałam kilkadziesiąt spotkań z młodzieżą i nauczycielami.

Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z nauczycielami. Od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Byłam taka niedoświadczona, a poszłam z koleżanką Anią Brożek, która była wtedy Inspektorem ds. Nieletnich i musiałam wystąpić sama przed gronem pedagogicznym i coś im przedstawić. Byłam przerażona. Poradziłam sobie i w miarę upływu czasu nabierałam coraz to większego doświadczenia. Dużą satysfakcję czułam zwłaszcza wtedy gdy w tym trudnym okresie podczas stanu wojennego chodziłam na prelekcje i tłumaczyłam jakie są zadania Milicji. Pamiętam, że po jednym z takich spotkań dostałam brawa na stojąco. To było coś takiego co na zawsze zapadło mi w pamięć, że trafiłam do tych młodych ludzi, że powiedziałam coś co do nich dotarło. To było fajne….

Ta praca dużo mnie nauczyła jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, dawała wiele satysfakcji, a po skończeniu szkoły oficerskiej moje doświadczenie ułatwiło mi później pracę na stanowisku Inspektora ds. Nieletnich w Komendzie Rejonowej Milicji Obywatelskiej w Zielonej Górze.

Były też smutne doświadczenia kiedy trzeba był zabrać dzieci ze zdemoralizowanego środowiska. Niestety te trudne doświadczenia rzutowały też na to co działo się w moim domu. Nie mogłam spać po nocach, rozmyślałam o ludzkiej tragedii, nie potrafiłam się odciąć od problemu. Zdarzały mi się sytuacje, że podopieczne dzwoniły właśnie do mnie z problemem, co wskazywało, że byłam dla nich bliską osobą. To dawało ogromną satysfakcję i pokazywało, że moja praca ma sens. Pamiętam pewien wieczór kiedy do domu zadzwonił do mnie dyżurny z pytaniem czy może połączyć rozmowę młodej dziewczyny, która tylko ze mną chce rozmawiać i jest bardzo zdenerwowana. Okazało się, że to jedna z moich podopiecznych zadzwoniła właśnie do mnie w najtrudniejszej chwili, żeby się wypłakać, że umarła jej babcia.

  1. Co było najtrudniejsze w służbie kobiet w tamtych czasach?

Trudno było mi pogodzić rolę matki i policjantki. Moje dzieci były właściwie wychowywane przez telefon. Miałam zawsze dużo funkcji społecznych jeszcze pracując zawodowo. Koło Rodzin Milicyjnych, działałam w Lidze Kobiet i w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, gdzie byłam nawet wiceprezesem zarządu miejskiego. Byłam tez aktywnym członkiem Towarzystwa Zwalczania Narkomanii. Popołudniami chodziłam na posiedzenia sztabów komisji społeczno-wychowawczych. Był to fajny twór bo m.in. dyscyplinowaliśmy rodziców, Milicja wtedy miała autorytet w sprawach wychowawczych.

Później pamiętam, ze jako nadzorująca służby często nie mogłam zrozumieć jak komendant może spać spokojnie kiedy na zmianie jest półtora patrolu…. Sytuacja w której trzeba było zabezpieczyć miejsce zdarzenia, a miasto zostawało „odkryte”…

Pracowałam na co dzień w mundurze. Zawsze odnosiliśmy się do munduru z szacunkiem, nie było mowy o ostrym makijażu czy krzykliwej biżuterii. Obecnie to się już zmienia, ale jeszcze kilka lat temu byłam przerażona przychodząc do komendy i widząc te fryzury, kolczyki wiszące pod czapką, tatuaże… Dobrze, że teraz znów ktoś sobie w KGP przypomniał o policyjnym ceremoniale i szacunku dla munduru.

  1. Co wspomina Pani jako coś wyjątkowego w czasie swojej służby

Gdy zaczęłam pracę jako Inspektor ds. Nieletnich był to trudny okres dla naszych organów dla służb m.in. podczas stanu wojennego. Zostałam rzucona na głęboką wodę. Zostałam włączona do kadry nadzorującej i odprawiającej do służby. Byłam pierwszą kobietą oficerem, która odprawiała i kontrolowała służby. Musiałam przełamać pewne blokady, wchodziłam na salę gdzie siedziało kilkudziesięciu mężczyzn musiałam ich odprawić do służby przekazać zadania. Byłam wtedy młoda, więc często zdarzało się, że gdy wchodziłam na salę słyszałam : „Uuuuuu….!!!”. Zanim rozpoczęłam odprawę musiałam ich uspokoić, przywołać do porządku, zdyscyplinować. Było to dla mnie trudne, czasem ciężko było mi zachować powagę, ale mam satysfakcję, że dałam radę i wypełniałam swoje zadania.

Teraz spotykam się z ludźmi, których wtedy odprawiałam do służby, zaszli wysoko. Niektórzy zostali komendantami, dyżurnymi KWP, naczelnikami… pamiętają mnie po latach – ja ich nie pamiętam bo przecież ich było tylu a ja tylko jedna. … to miłe.

Później jeszcze pracowałam jako inspektor ds. szkoleniowych. Mogło by się wydawać, że to fajna „ciepła posadka” przed emeryturą. Nic bardziej mylnego, bo byli przełożeni, którzy potrafili dokuczyć. Kumulacja tych nawarstwionych tematów, przeżyć z czasów pracy w Izbie Dziecka spowodowała, że postanowiłam odejść. Odeszłam także ze względów zdrowotnych. Zdrowie dało niestety o sobie znać. Odeszłam w latach 90-tych.

  1. Jak spędza Pani czas na emeryturze?

Odeszłam na emeryturę w stopniu porucznika, bo taki był wtedy przewidziany na moim ostatnim  stanowisku, mimo że od wielu lat należał mi się kolejny. Organizm domagał się odpoczynku.

Po odejściu trochę się dystansowałam, nie chciałam tu przychodzić. Ale po pewnym czasie otrzymałam zaproszenie za zebranie tzw. „starej kadry”. Koledzy zapytali mnie wtedy z życzliwymi pretensjami: „jak ty tak możesz?”. To był chyba ten sygnał, że trzeba i mogę jeszcze dać coś z siebie. Ówczesny Komendant Miejski Pan Henryk Janik postanowił, że zrobi wszystko, aby przy komendzie działało Koło Emerytów. Powołano więc grupę inicjatywną i tak się zaczęło…. Na początku chciałam tylko pomóc… , ale nie umiem tak, ja muszę zrobić do końca to co zaplanowałam. Dziś mam satysfakcję dalej pracuję w Klubie Sportowym „Gwardia” jako pełnomocnik zarządu ds. szkoleń pozasportowych, współpracuję z kolegami emerytami jestem aktywna emerytką działam i staram się nie nudzić. Myślę, że dobrze mi to wychodzi. Koleżanki i koledzy powierzyli mi funkcję Prezesa Zarządu Koła nr 2 Stowarzyszenia Emerytów i Rencistów Policyjnych w Zielonej Górze.

Nigdy nie miałam zapędów kierowniczych. Zawsze chciałam robić swoje i robić to dobrze.

Jedna  z moich koleżanek na zjeździe szkoły w tym roku mówi do mnie „muszę ci to powiedzieć, wyglądasz na osobę szczęśliwą i spełnioną”. Potwierdziłam jej, że tak właśnie jest.